Trzynastego sierpnia o godz. 12:00 oficjalnie zakończyła się letnia szkoła na Harvardzie. Tym samym skończyłem prawie 2 miesiące intensywnej nauki. Jednak muszę przyznać rację jednemu z moich profesorów, który już na pierwszym wykładzie zaznaczył, że „Nigdy nie opuszcza się murów Harvardu”. I mimo, że zasiadam już teraz przed biurkiem w swoim domu, „piętno” Harvardu prawdopodobnie pozostanie na zawsze.
Czego więc uczy Harvard?
Przede wszystkim rzetelnej wiedzy. Podejście do wiedzy w Stanach zorientowane jest od samego początku na praktykę – nic dziwnego, że takie zagadnienia ekonomiczne, jak przewaga komparatywna tłumaczy się na przykładach Charliego Sheena i Hugh Heffnera, a podręczniki, pisane niemal jak powieść, poprzedzają każdy rozdział odpowiedzą na pytanie w stylu „do czego w życiu przydadzą Ci się całki i rachunek różniczkowy”?
Dlatego nikt nie traktuje tu nauki jak obowiązku, a jak przygodę, stanowiącą też inwestycję w przyszłość. Co więcej, sami profesorowie hołdują takiemu podejściu starając się urozmaicić wykład dyskusją oraz poznać każdego (!) ze studentów nawet na 80-osobowym wykładzie.
Jednakże, prócz wiedzy Harvard to przede wszystkim nowe kontakty i wiedza poza wykładowa. Koniecznością wręcz okazuje się konfrontacja odmiennych punktów widzenia i stanowisk, gdy w 77-osobowej klasie mamy aż 29 narodowości! Ta ogromna różnorodności uczy więc też w jakiś sposób tolerancji i wyczulenia na najdrobniejsze niuanse, których nigdy nie byliśmy świadomi.
Chyba najlepszym przykładem obrazującym, co mam na myśli, były moje i mojego singapurskiego współlokatora Zhen Xionga próby nauczenia się kilku słów po polsku i chińsku. O ile Zhen zdołał wymówić „Konstantynapolitańczykiewiczówna” czy „Brzęczyszczykiewicz”, ja musiałem przez jakiś czas opanowywać tę różnicę, że w języku chińskim znaczenie uzależnione jest od czterech intonacji. Choć w naszym języku intonacja nie wpływa na znaczeni, ten „drobny” niuans kompletnie zmienia znaczenie i w konsekwencji łatwo pomylić liczbę cztery ze słowem „mokry” albo jeszcze innym, którego przyzwoitość zabrania przytaczać.
Odpowiedź na pytanie czy warto zamienić tradycyjne wakacje na pobyt na amerykańskim uniwersytecie brzmi: „Zdecydowanie Tak!”. Nie pozostaje mi więc nic innego jak życzyć wszystkim równie udanych wakacji i zachęcać do aplikowania na studia w Stanach!